Budzi
mnie pyszny zapach smażonych jajek na bekonie. Przecierając oczy siadam na
łóżku i rozglądam się po pokoju. Początkowo nie wiem, gdzie się znajduję. Potem
jednak przypominam sobie wszystkie wydarzenia. Słyszę szum wody w łazience.
Domyślam się, że to ojciec poszedł się wykąpać. Przeciągam się i podchodzę do
stołu. Stoi na nim taca, na niej cztery talerze i dwa kubki oraz dzbanek z
kawą, cukiernica i sztućce. Na dwóch talerzach znajduje się dobrze przysmażona
jajecznica z boczkiem. Wdycham woń potrawy i nie zastanawiając się dłużej
sięgam po jeden z nich. Czuję jak na ten widok ślinka zbiera mi się w ustach.
Biorę kubek i napełniam go gorącą kawą. Słodzę ją jedną łyżeczką cukru. Siadam
do stołu i zaczynam jeść. Do tej pory nie zdawałam sobie sprawy z tego jaka
jestem głodna. W sumie nic dziwnego. Jest już pewnie wieczór, a mój ostatni
posiłek był rano.
- Dobry wieczór – mówi ojciec
wychodząc z łazienki.- Smacznego – dodaje po chwili.
- Dziękuję – odpowiadam.
Ojciec rzuca ręcznik na łóżko i
podchodzi do stołu. Siada i przyłącza się do jedzenia. Ma mokre, potargane
włosy. Rysy twarzy są jak zwykle ściągnięte. Ma na sobie tylko bokserki. Zerkam
na miejsce, w którym kilkanaście godzin temu była głęboka rana. Teraz nie ma po
niej śladu. Potem przenoszę wzrok na jego umięśniony brzuch i zarośniętą klatę.
Zastanawiam się jakim cudem facet w jego wieku może mieć takie wyrzeźbione
ciało. Zauważam, że ojciec mi się przygląda. Czuję jak moje policzki zaczynają
płonąć i spuszczam wzrok wpatrując się w pusty już talerz.
- Meg – zaczyna ojciec, jakby chciał
coś powiedzieć, lecz nic więcej nie dodaje. Z jego ust wydobywa się tylko ciche
westchnienie.
Podnoszę głowę i znów patrzę na
niego. Tym razem spoglądam mu w oczy. Patrzymy na siebie w milczeniu. Pierwszy
raz w życiu zauważam u ojca emocje. W jego zawsze zimnych oczach dostrzegam
teraz ból i cierpienie. Srogie spojrzenie staje się pełne troski i obawy.
Szybko odwracam wzrok. Nie chcę widzieć tych uczuć. Boję się, że on już nigdy
nie będzie tak na mnie patrzył, że to co przed chwilą ujrzałam jest chwilowe i
zaraz się ulotni. Nie chcę pamiętać, że stać go na okazanie jakichkolwiek
uczuć.
Wstaję i idę do łazienki. Zwilżam
twarz zimną wodą. Nie wierzę w to, co przed chwilą zobaczyłam. Przecież on
nigdy nie okazywał ludzkich uczuć w stosunku do mnie. Zawsze traktował mnie,
jakbym nie była jego córką, tylko uczennicą. Ciągle kazał mi ćwiczyć, biegać.
Nigdy nie oszczędzał na treningach, a nasze rozmowy były wyzbyte z
jakichkolwiek uczuć, myślę. Nagły natłok myśli sprawia, że zaczynam dusić
się w ciasnej i wilgotnej łazience. Muszę wyjść i wyładować się na czymś.
Niestety obecnie nie jest to możliwe. Nie pozostaje mi nic innego, jak wziąć
prysznic i spróbować zapomnieć o szoku, jakiego przed chwilą doznałam. Nalewam
całą wannę gorącej wody, zdejmuję ubranie i zanurzam się po szyję. Próbuję się
wyluzować i wyłączyć kłębiące się w głowie myśli.
Wychodzę z łazienki i zauważam, że
ojca nie ma w pokoju. Na moim łóżku leży liścik:
Margaret,
Musiałem wyjść, ponieważ jestem
potrzebny do Twojej inicjacji. Jest już prawie północ, dlatego zapewne ktoś
zaraz po ciebie przyjdzie. Nałóż strój matki, zwiąż włosy i czekaj.
Tata
P.S.
Muszę cię uprzedzić, że próba inicjacji będzie twoim nowym początkiem… lub
końcem.
Po przeczytaniu ostatniej linijki
robi mi się niedobrze i czarno przed oczami. Nieświadomie ubieram się w kostium
i związuję włosy, jak kazał ojciec. Podchodzę do stołu i wypijam duszkiem cały
kubek zimnej kawy. Jestem oszołomiona. Co oznacza ten „koniec”? Mogę umrzeć…?
Może to stąd u ojca te nagłe uczucia? Mam mętlik w głowie. Nagle ktoś puka do
drzwi i wchodzi do pokoju.
- Czas na twoją inicjację. Mam cię
na nią zaprowadzić – mówi do mnie męski głos, wydobywający się spod wielkiego
czarnego kaptura. Z jego postury wynika, że jest dobrze umięśniony. Ma około
180 cm wzrostu. Ubrany jest w czarny habit z kapturem, który zasłania jego
twarz.
Idę za nim posłusznie, tym samym
ponurym, długim, kamiennym korytarzem, którym prowadził mnie i ojca Uranos
kilka godzin wcześniej. Mężczyzna zatrzymuje się przed drzwiami prowadzącymi do
głównej sali. Wymawia słowa w jakimś dziwnym języku, rękoma wykonuje
skomplikowane gesty i otwiera drzwi. Wchodzimy do środka. Cała sala pogrążona
jest w półmroku. Piękne żyrandole są zgaszone, a jedynym źródłem światła są
wszędzie rozstawione świece. Pomieszczenie wypełnia zapach spalonych ziół.
Mężczyzna zmierza w kierunku schodów. Na ich szczycie zauważam obłożony
kwiatami i ziołami marmurowy stół. Wokół niego stoi siedem osób. Każda z nich
ubrana jest w taki sam habit jak mój przewodnik. Wszyscy nucą pod nosem jakąś
melodię. Brzmi jak jedna z buddyjskich pieśni. Oblewa mnie zimny pot i
przechodzą mnie ciarki. Na widok zakapturzonych postaci, ich śpiewu i ciemności
mój umysł każe mi uciekać. Nie robię jednak tego i dalej idę za zakapturzoną
osobą. Kiedy docieramy na górę zauważam, że oprócz wielkiego stołu na końcu
półkolistego sklepienia stoi mniejszy stolik. Jest na nim waza, złoty kielich,
zioła, kamienie i mała miseczka z jakąś czarną mazią, obok której leży coś na
kształt pióra. Ponadto wielki stół, który z dołu wydawał się prostokątny okazał
się kwadratowy. Przystaję przy nim i wpatruję w zakapturzone postacie.
- Już czas – odzywa się jeden z
nich. Po głosie poznaję, że to Uranos. Śpiew milknie, a starzec odwraca się w
moja stronę. – Margaret, połóż się tam krzyżem na brzuchu – wskazuje ręką na
kwadratowy stół, a ja wykonuję jego polecenie.
Marmur jest zimny w dotyku i kiedy
się na niego kładę przechodzi mnie fala dreszczy. Leżę obserwując otaczających
mnie ludzi i wyczekuję na dalsze polecenia. Mój przewodnik dołącza do siódemki
i wszyscy razem okrążają stół, na którym leżę. Czterech z nich w każdym rogu
stawia i zapala świecę. Pozostali stają po bokach i palą małe bukieciki
nieznanych mi ziół i kwiatów. Dym z nich pochodzący drażni mnie w oczy, a od
zapachu zaczyna kręcić mi się w głowie. Uranos staje nad moją głową. Wyciąga w
górę ręce i zaczyna przemawiać silnym, pełnym mocy głosem:
Gdy w osiemnaste urodziny zegar północ wybije,
To znak by przyjąć nowe imię.
Obudzić w sobie mistyczne moce,
I dołączyć do Dzieci Nocy.
Dziś taka chwila nadeszła,
By słabość i bezsilność odeszła.
Do nowej społeczności dziś wejdziesz,
Gdzie ze złem i czarną magią walczyć będziesz.
W niepamięć należy puścić chwile człowieczeństwa,
By stać się istotą pełną siły i męstwa.
Mistyczną duszę w swe ciało wchłoniesz tej nocy,
I poznasz smak niezwyciężonej mocy.
Nagle cała ósemka zaczyna chodzić
dookoła stołu. Każdy z nich ma w ręku po kilka bukiecików z ziołami i kwiatami.
Podpalają je po kolei od świec palących się na stole. Uranos kontynuuje
recytację wymawiając nazwy palonych roślin, od których zaczyna mnie mdlić.
Szałwia i lawenda twą duszę oczyszczą,
Byś mogła w siebie przyjąć moc mistyczną.
Cynamon wzmocni siłę psychiczną,
Pokrzywa wspomoże potęgę fizyczną.
Krwawnik pomoże równowagę zachować,
By ciało z umysłem mogło współpracować.
Kora brzozy w ostatnim akcencie,
Niech zwiąże swą mocą te zaklęcie.
Zgliszcza wszystkich roślin padają
dookoła stołu. Wonie ziół mieszają się ze sobą tworząc niezwykłą kakofonię
różnych zapachów. Uranos kończąc zaklęcie podchodzi do małego stoliczka, bierze
z niego miseczkę z mazią i „pióro”. Podchodzi do mnie. Zamacza narzędzie w
miksturze. Podciąga moje kimono na plecach i przykłada do nich pióro. Rysuje tam
jakiś wzór, od którego skóra zaczyna przeraźliwie piec, jakby ktoś dotykał mnie
rozżarzonym do białości metalem. Spazmy bólu przenikają przez moje ciało. Czuję
jak znaki wypalają się na skórze. Przechodzę niewiarygodne tortury. Krzyczę w
niebogłosy, a mój głos niesie się echem po całej sali. Uranos kreśląc mi na
plecach znaki, wymawia słowa:
- Dziś zmieniasz się w Dziecko Nocy.
Twe nowe imię to Atena, noś je z dumą. Bądź waleczna i silna jak ta bogini.
Po tych słowach wylewa na moje plecy
jakiś olejek. Czuję strużki krwi spływające bokami po moim ciele od wypalonych
ran. Olej jeszcze bardziej je podrażnia, tak że mój krzyk przeradza się w
cienki pisk. Robi mi się czarno przed oczami, czuję że zaraz zemdleję z powodu katuszy
jakich doświadczam. Nagle jednak ból ustępuje i czuję jedynie pustkę w głowie.
Wzory na plecach już nie pieką i zaczynają jaśnieć. Czuję jak moje ciało
zaczyna się unosić do góry. Nie kontroluję swoich ruchów. Zaczynam lewitować
nad stołem. Wiszę w powietrzu i patrzę na wszystkich z góry. Mimowolnie
wyciągam ręce przed siebie. Słyszę okrzyki zdumienia i przerażenia. Ludzie
szepczą do siebie „Co się dzieje?”, „Czy jej ciało odrzuca przemianę?”. Moje
usta się otwierają i przemawiam nie swoim głosem:
- Moje dzieci, bądźcie pozdrowieni.
To ja Gaja, wasza pierworodna Matka. – na te słowa wszyscy zdejmują kaptury z
głów i wykonują ukłon w stronę bogini. - Zesłano mnie tu, abym was ostrzegła.
Jeden z moich synów, Kronos planuje zemstę za moją śmierć. Zbiera siły i będzie
walczył przeciwko wam. Przemawiam właśnie przez ciało wybranki. Ona was
wszystkich uratuje…
Jej głos zaczyna cichnąć a moje
ciało opada z powrotem na marmurowy blat. Moja świadomość powraca. Plecy znów
strasznie pieką. Kimono przykleiło się do zadanych ran. Mimo wszystko w
oszołomieniu unoszę lekko głowę i rozglądam się po sali. Wszyscy wpatrują się
we mnie z szeroko otwartymi oczami. Uranos świdruje mnie dziwnym wzrokiem,
jakby chciał mnie nim zabić. Po chwili jednak jego twarz łagodnieje.
- Strasznie chce mi się pić i bolą
mnie głowa i plecy. Dlaczego wszyscy się tak na mnie patrzycie? – pytam ze
zdziwioną miną, rozglądając się po twarzach osób stojących dookoła mnie.
- Nie ruszaj się! – krzyczy Uranos.
– Inicjacja się jeszcze nie zakończyła. Nie wolno ci zejść ze stołu dopóki ci
nie pozwolę. – Podchodzi do małego stolika, napełnia kielich wywarem z wazy i
podchodzi do mnie. – Usiądź – nakazuje i podaje mi kielich. Gestem wskazuje, że
mam go opróżnić. Z wielkim trudem udaje mi się podnieść. Przechodzę mękę kiedy
staram się doczłapać po stole do Uranosa. Kiedy już mi się udaje łapię za
kielich i biorę pierwszy łyk. Czuję niezmierną ulgę, kiedy napar okazuje się
być zwykłą miętą. Zaczynam wypijać zawartość, a Uranos w tym czasie wypowiada
kolejne zaklęcie:
Niech napar z mięty doda ci mocy,
Byś stała się godnym Dzieckiem Nocy.
Wszystkie zaklęcia niech złączy,
I twą duszę z Ateny duszą połączy.
Kiedy kończę pić, czuję jak robi mi
się słabo i zaczyna kręcić mi się w głowie. Zaczynam chwiać się na nogach i
tracę przytomność.
Chwilę później budzę się, ale nie jestem już w tym samym
miejscu. Znajduję się zupełnie gdzie indziej. Jestem na wielkiej arenie
greckiej. Stoję na dużym okrągłym placu z piasku otoczona ze wszystkich stron
trybunami. Nie ma na nich na szczęście nikogo. Na przeciwko mnie znajduje się
wejście. Zauważam że z jego mroku wyłania się postać. Kiedy zaczyna się do mnie
zbliżać, ze zdziwieniem stwierdzam że jest… mną. Gapię się na siebie szeroko
otwartymi oczami i ustami. Jedyną rzeczą jaka nas różni to oczy. Ona ich nie
posiada, zamiast tego ma czarne dziury. Ubrana jest tak jak ja w białe kimono z
czarnym pasem, lecz do pasa przywiązany ma miecz. Włosy ma związane w koński
ogon. Na jej twarzy igra złośliwy uśmieszek.
- Siema! – woła do mnie druga ja. – Widzę, że przeszłaś
pierwszą fazę inicjacji.
- Jesteś na greckiej arenie, gdzie odbywały się igrzyska
olimpijskie. Musimy tutaj stoczyć walkę – mówiąc to wyjmuje katanę i zaczyna
mnie atakować.
Napiera na mnie raz za razem. Z trudem udaje mi się uniknąć
jej ciosów. Na szczęście ojciec uczył mnie szermierki i walki mieczem, więc
wiem jak mam się poruszać. Obie krążymy po stadionie. Ona ciągle atakuje nie
dając mi ani chwili wytchnienia. Co dziwniejsze nie wydaje się być zmęczona,
gdzie ja już ledwo się poruszam.
- Użyj swojej wewnętrznej czakry i przywołaj swój miecz –
mówi do mnie rozbawionym tonem. Wygląda tak jakby ta walka sprawiała jej
przyjemność.
- Jakiej czakry, nie wiem o czym do mnie mówisz – mówię
zdziwiona, choć po tym co przeszłam nie powinno mnie już nic dziwić.
- Hahaha, ty naprawdę nie masz pojęcia co się dzieje! –
krzyczy napierając dalej mieczem i śmiejąc się ze mnie. Po chwili przystaje i
mówi już poważnym tonem – Jeśli w ciągu najbliższej godziny mnie nie zabijesz
to umrzesz, a ja razem z tobą. Skoncentruj się. Widziałam jak twój ojciec
ciebie uczy. Wykorzystaj to. Moje zdolności walki pochodzą od ciebie, bo jestem
tobą.
- Co?! – przystaję zdezorientowana. Niestety przez moje
rozkojarzenie dostaję kataną w ramię. Padam na kolana z bólu i łapię się za
rozciętą ranę. Czuję jak krew spływa mi po ramieniu.
- Jestem twoją czarną stroną. Musisz mnie pokonać, aby zyskać
pełnię swoich mocy. Przypomnij sobie Meg, nasz ojciec uczył cię jak kumulować w
sobie energię.
To mówiąc odskakuje ode mnie by przyjąć inną pozycję. Ja
natomiast już wiem co moje drugie ja ma na myśli. Klęcząc, zamykam oczy i
zaczynam wyobrażać sobie jak krążąca we mnie energia skupia się w jednym
punkcie. Tak jakby tworzyła się coraz większa i większa kula w środku mnie.
Zaczynam czuć przepływającą przez moje ciało moc. Otwieram oczy i widzę jak
wokół mnie wibruje powietrze i otacza mnie czerwona aura.
- No! W końcu załapałaś. Teraz przywołaj swój miecz i
będziemy mogły walczyć na poważnie.
- Ale jak mam to zrobić?
- Wypowiedz jego imię. Proste.
- Jak takie narzędzie jak miecz może mieć imię? – pytam
zdezorientowana.
- Normalnie, każda katana posiada duszę. Ja jestem duszą
twojego miecza. By zyskać nad nim kontrolę i pełnię swoich mocy musisz mnie
zabić i pokonać w ciągu godziny. Pozostało ci już 38 minut, moja droga, śpiesz
się – mówiąc to rzuciła mi przebiegły uśmieszek i znowu zaatakowała. Tym razem
jest to szybszy i bardziej zdecydowany atak od poprzednich. Ledwo mogę ujrzeć
jej ruchy, by ich uniknąć. – Imię twojego miecza pochodzi z przeszłości. Jest
ono częścią twojego życia – zaczyna napierać coraz mocniej i poruszać się coraz
szybciej. Widzę tylko rozmazaną postać.
Nagle przychodzi mi do głowy jedno imię z dzieciństwa, które
pamiętam od zawsze i tak naprawdę nie wiem skąd je znam. Kiedy byłam mała
zawsze tak nazywałam bohaterki bajek, które opowiadała mi babcia na dobranoc, a
potem kiedy zmarła nadawałam tak imiona wszystkim moim lalkom.
- Zyrra! – krzyczę a w mojej dłoni pojawia się piękny,
srebrny miecz. W ostatniej chwili udaje mi się odeprzeć niebezpieczny i potężny
zamach mojej napastniczki. Teraz kiedy mam już miecz i czuję przepływającą
przeze mnie czakrę zaczynam atakować.
- Brawo! Przypomniałaś sobie moje imię.
- Tak, i zamierzam cię pokonać.
Trzymając pewnie miecz zaczynam naparzać na przeciwniczkę.
Wykonuję serię ciosów, które Zyrra sprawnie blokuje. Skupiam się jeszcze
bardziej na czakrze, aby skumulować jej w sobie jeszcze więcej. Czuję jak
przepływa przeze mnie i rozlewa się po całym ciele. Wpływa w moje mięśnie i
daje mi moc oraz siłę. Teraz mogę dostrzec wszystkie ruchy, jakie wykonuje
Zyrra. Kiedy próbuje mnie zaatakować blokuję atak ręką i wbijam jej miecz w
brzuch, lecz z zadanej rany nie leje się krew. Ona uśmiecha się do mnie. W jej
oczach widzę dumę.
- Dobrze się spisałaś, Meg. Teraz kiedy mnie pokonałaś moja
dusza wejdzie w miecz ale nie martw się, jeszcze się spotkamy. Za chwilę się
obudzisz i staniesz się Dzieckiem Nocy. Do zobaczenia.
Wypowiadając ostatnie słowa jej ciało zaczyna świecić tak
mocno że muszę zamknąć oczy. Czuję jak miecz drga mi w dłoni. Nie do końca wiem
co się teraz stanie. Kiedy otwieram oczy nadal leżę na kwadratowym stole.
Zauważam, że wszyscy patrzą się na mnie w milczeniu.
- Od dziś jesteś Dzieckiem Nocy, Ateno. Powiedz jak brzmi
imię twojego miecza – mówi Uranos, przerywając ciszę.
- Zyrra – odpowiadam i czuję w mojej dłoni coś zimnego.
Zerkam na nią i widzę, że moja katana pojawiła się wraz z wypowiedzeniem jej
imienia. Uśmiecham się do siebie głaszcząc jej rękojeść.
- Teraz możesz już zejść ze stołu. Inicjacja przebiegła
pozytywnie.
Słysząc te słowa wstaję, zabierając ze sobą miecz. Nagle
zaczynam czuć lekkie szczypanie w dolnej partii pleców. Podchodzę do ojca,
który był jednym z uczestników mojej przemiany.
- Tato, mógłbyś sprawdzić czy mam
coś tutaj? – Podnoszę kimono na plecach do góry. Słyszę jak ojciec wciąga
powietrze. Odwracam się i widzę niedowierzanie w jego oczach. – Co się stało?
Co tam jest? – pytam gorączkowo, bojąc się, że to coś złego.
- Bogini Gaja właśnie oznaczyła cię
runami. To wielki zaszczyt. Niewielu z nas może się poszczycić naznaczeniem.
Tylko wielce zasłużeni wojownicy zostają obdarowani znakami.
- Czyli… czyli co to znaczy?
- To znaczy, że bogini cię wybrała,
Meg. Jesteś najmłodszą, która dostąpiła tego zaszczytu. Dobrze, że żyjesz.
Uradowana, że przeżyłam i nadal będę
żyć, zbiegam ze schodów. W sumie, to nie zbiegam, a zeskakuję z samego szczytu
dwudziestu schodków i lekko opadam na sam dół. Przystaję, by spojrzeć na ojca.
On stoi i się uśmiecha. Tak, uśmiecha się od ucha do ucha! Patrzy na mnie
dumnym wzrokiem! Pójdź do sypialni, zaraz do ciebie dołączę, szepcze
głos ojca. Dopiero teraz odkrywam, jak bardzo mam wyostrzone zmysły. Wzrok
pozwala mi dostrzec małe drobinki kurzu, unoszące się w powietrzu i zabawnie
mrugające w blasku świec. Słuch wyłapuje najcichsze dźwięki, dochodzące z
kilkuset metrów. Mam zwinne, gibkie ciało. Mięśnie są silne i twarde. Czuję
przepływającą przeze mnie czakrę, która daje mi dodatkową siłę. Zauważam zmiany
w całym moim ciele. Wszystko ci tam wyjaśnię, dodaje ojciec. Dobrze,
odpowiadam, chowam Zyrrę za pasek kimona i zmierzam w stronę naszego pokoju.
********
Mam nadzieję, że ten rozdział spodoba się wam tak samo jak pozostałe.
Miłego czytania,
Meg :*
********
Mam nadzieję, że ten rozdział spodoba się wam tak samo jak pozostałe.
Miłego czytania,
Meg :*
kiedy następny rozdział? wiem, to pytanie jest strasznie wkurzające, ale nie mogę się powstrzymać przed zadaniem go. to, co piszesz brzmi jak początek dobrej książki! wciąga i intryguje, ciekawi już od pierwszego rozdziału. ja czekam na kolejny rozdział, mam nadzieję, że szybko go dodasz:)
OdpowiedzUsuńweny życzę:)
Kolejny rozdział pojawi się najprawdopodobniej we wtorek lub środę. Przepraszam za takie opóźnienie lecz miałam dużo spraw na głowie związanych z nauką i poprawkami, załatwianiem wpisów do indeksów i wielu innych perypetii. Dopiero dziś w większości pozałatwiałam wszystkie sprawy. Jeszcze raz przepraszam za zwłokę i na pewno po weekendzie będzie kolejna czytałka :P
OdpowiedzUsuńPozdrawiam M.S.